Chciałabym nauczyć się kontrolować swoje emocje. Ostatnio mój nastrój chodzi od góry do dołu i z powrotem. Fajnie by było gdyby utrzymywał się chociaż przez jeden dzień na równym poziomie, tymczasem w ciągu 8 godzin zmienia się dobre kilka razy. Jak nagle jestem wkurzona jakimś, racjonalnie patrząc, szczególikiem, zawsze staram się usiąść na chwilę w spokoju, pomyśleć o czymś przyjemnym, oczyścić umysł. Tyle, że to działa... na jakieś 10 minut, a potem dalej nie kontroluje emocji. Przez to mówię ludziom niemiłe rzeczy, albo chodzę jak jakieś zombie, dwie minuty później uśmiechając się od ucha do ucha. I o co chodzi? Rozumiem jeszcze, gdybym akurat miała okres, ale to wydaje się być... bez powodu. Taa... Wiem co myślicie, kolejna z milionów nastolatek użala się nad zwyczajnym zjawiskiem jakim są hormony. Ale, jeśli już nie pamiętacie, to przypomnijcie sobie jakie to jest frustrujące, a nóż zrozumiecie dlaczego muszę sobie chociaż ponarzekać.
wtorek, 20 marca 2012
niedziela, 18 marca 2012
Webcast
Moja szkoła należy do takiego międzynarodowego programu nazwanego MYP i pomiędzy wszystkimi swoimi dziwnymi pomysłami kładzie nacisk między innymi na projekty międzyprzedmiotowe. Dlatego teraz na informatykę i polski równocześnie mamy do zrobienia taki ŚWIEEETNY projekt! Rzygam nim po prostu. Mamy nagrać na kamerze, w formie webcastu, tyle, że oczywiście nie nadawanego na żywo, jak opowiadamy o jednym z zabytków Wrocławia. Ciekawie w dodatku. Taa. Ciekawie o zabytkach? Nagrać siebie samego? Umieram. Już od dawna nie zbierałam się tak długo do zrobienia projektu ze szkoły. Tekst mam przygotowany od kilku tygodni i miałam oddać całość w czwartek a do tej pory nie nagrałam. Może mi ktoś wytłumaczyć czemu to niby ma służyć? Może mamy się nauczyć obsługiwać kamerę? Fail, to i tak nie ja będę ją tykać tylko mój "operator kamery". Czekam tylko na ten wspaniały dzień jakim jest zakończenie roku szkolnego.
niedziela, 11 marca 2012
Muzyka
W tym roku, końcowym efektem wysiłków mojej klasy z lekcji dramy, ma być 40-minutowe przedstawienie przed dużą publicznością. Jako, że chodzę do "dwujęzycznej" szkoły będzie ono po angielsku, a skoro przedstawiamy Szekspira, będzie nawet w staroangielskim ^^. Od roku, mniej więcej, słyszałam od naszej nauczycielki, że każdy musi grać, bez wyjątku. Kilka miesięcy temu udało mi się przeczytać The Misdummer Night's Dream w oryginale (jako jednej z niewielu w naszej klasie -.-) i znalazłam sobie rolę. Chciałam grać plebejskiego aktora, występującego pod koniec sztuki na weselu, w roli muru. Strasznie mi się podobał pomysł, że będę mogła ludziom mówić: "Gram mur". Czyż nie brzmi to wspaniale?
Na jednej lekcji odbył się casting i udało mi się osiągnąć zamierzone, lecz na następnej, tydzień później, dowiedziałam się, że z powodu "nadprogramowej liczby aktorów" niektórzy wcale nie będą występować! Z wielką energią zaczęłam się wykłócać z moją nauczycielką, czy może nie mogłabym zająć się muzyką ZAMIAST grać. W końcu mi się udało. Nie chodzi tu o to, że olewam sztukę i chcę się wyłączyć. Po prostu... nie lubię grać. Przed wejściem na scenę (nawet przed publicznością z łożoną z kilkorga dobrze mi znanych ludzi) mam tremę, a i gdy gram, zdenerwowanie mnie nie opuszcza. Nie mam też poczucia, że wychodzi mi to dobrze, więc jaka z tego przyjemność? Żadna. Byłam więc bardzo ucieszona, że udało mi się znaleźć coś, dzięki czemu w sztuce będzie mój udział, a nie będę musiała wychodzić na scenę.
Ustaliliśmy, że zinterpretujemy sztukę tak, żeby działa się w latach 80. Uznałam ten pomysł za wspaniały. Sen nocy letniej w dużej części dzieje się w lesie, wśród wróżek i duszków leśnych a i pojawiający się ludzie są mocno pokręceni, więc ubranie ich w kolorowe, odblaskowe i trochę kiczowate stroje z lat 80 jest genialne. Skoro klimat ma być z tych właśnie czasów, musi być też taka muzyka. I tu rozpoczęła się moja przygoda. Musiałam po pierwsze zorientować się, co wtedy śpiewano, kto śpiewał i w jakim stylu. Z wielkim zdziwieniem rozpoznałam wiele z tej muzyki jako taka, którą, chcąc czy nie chcąc, znam. Odkryłam, tak na prawdę, jakie wspaniałe potrafią być teledyski i przez dłuuugi czas nic tylko je oglądałam. Zakochałam się też w Michaelu.
Zawsze uważałam go, za godnego podziwu artystę, bo mimo, że nie potrafiłam zanucić żadnej jego piosenki, o jego postaci słyszałam wiele. Od wieków też uważałam go za Króla Popu pomimo nieznajomości jego utworów. Teraz widzę w nim nie tylko wielką gwiazdę, ale też człowieka z niesamowitym głosem, ogromnym samozaparciem i nad spotykaną chęcią ingerencji w świat i zmieniania rzeczy, ważnych nie tylko dla niego. Zmieniał na lepsze i nie bał się wywołać skandalu. Czarny w telewizji? Nigdy w życiu. A jednak.
Tak czy inaczej, kto powiedział, że szkoła nic nie uczy?
wtorek, 6 marca 2012
Dzień wczorajszy
Gdy zadzwonił dzwonek miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę, niestety musiałam najpierw go wygrzebać gdzieś z pomiędzy prześcieradła a kołdry. Z ulgą wcisnęłam drzemkę. Po dziesięciu minutach jednak musiałam niestety wstać. Godzinę później weszłam do klasy spóźniona, po drodze witając się z panią Anią ze sklepiku, gdy otworzyłam drzwi i spojrzałam na moją klasę przez chwilę staję oszołomiona tym, że nikt nic nie mówi. "Kartkówka? A nie... to religia, po prostu są znudzeni" -pomyślałam. Już po pięciu minutach słuchania mojej katechetki rozprawiającej na temat orientacji seksualnych miałam ochotę jej przerwać. "Aseksualista nie może być księdzem, bo jest niezrównoważony? A na jakiej niby podstawie?" Jak zwykle nie miała żadnych sensownych argumentów. Na przerwę wyszłam wzburzona a czekała mnie jeszcze kolejna lekcja bezsensownych dyskusji i sześć innych męczących godzin. Dlaczego ja muszę chodzić na religię? Dlaczego? Nie zebym miała takie straszne obiekcje co do religii jako wyznania, ale te lekcje mnie wykańczają.
Po ostatnim dzwonku, pożegnałam się z koleżanką, która już biegła na lekcję gry na saksofonie i poszłam pogadać sobie z panią Anią. Niesamowita jest ta kobieta. Od razu opuścił mnie zły chumor, a uśmiech wstąpił na twarz. Posiedziałam u niej jakieś pół godzinki zajadając sałatkę i nie mówiąc o niczym szczególnym. "Do jutra, pani Aniu! Ja już idę się wspinać!" - pożegnałam się, "Przyjdź jutro kochanieńka" - odpowiada. No więc niespiesznie poszłam na autobus i już po półgodzinie znalazłam się na ścianie. Od wejścia zaczęłam się przekomarzać z dwa razy starszym ode mnie kolegą, żeby po wejściu do szatni przywitać się ze wszystkimi siedzącymi tam studentkami, a w oczekiwaniu na rozgrzewkę porozmawiać z 10-latką. Czy ta atmosfera nie jest niesamowita? Odbębniłam trening ze znajomym z sekcji, który się zdziwił, że wspinam się od ponad roku, po czym poszłam na bouldery. Właśnie się rozpoczęła liga boulderowa i mam mnóstwo dróg do zrobienia, może nawet coś wygram :). Wczoraj zrobiłam coś około sześciu przystawek i do kilku więcej się przystawiłam więc wiem, że mam co jeszcze robić. W ten oto sposób zakończył się mój wczorajszy dzień. I jak tu nie być uśmiechniętym?
![]() |
| zdjęcie ze strony: www.eiger.pl |
niedziela, 4 marca 2012
Wątpliwości
Boję się, że będę zwykłym szarym człowiekiem.
Tego, że nie spotkam osoby, która uczyni moje życie wyjątkowym.
Boję się, że sprawię swoim bliskim ból.
Wyobraźcie sobie taką sytuację, rodzi się dziecko w mieście, dziewczynka, dorasta i studiuje w tym samym miejscu. Potem znajduje jakiegoś faceta, zakochuje się i prowadzi dorosłe życie w pobliżu domu rodziców pracując w jakiejś nudnej firmie. W międzyczasie rodzi dziecko, następnie zostaje babcią i w końcu umiera, nie odznaczając się niczym w społeczeństwie. Ile było takich osób? Miliony? Miliardy? Kobiet, które nie widziały świata poza swoją małą społecznością, które nigdy nie próbowały życia gdzie indziej, takich, które umierając, nie miały na swoim koncie przeżyć i doświadczeń z których naukę mogłyby czerpać młodsze pokolenia.
Takiej przyszłości się boję.
Co prawda, jest duże prawdopodobieństwo, że uda mi się dostać na studia za granicę. A wtedy musiałyby mnie spotkać jakieś tzw. "przygody", co nie?
Ale... Po co tak właściwie mam wyjeżdżać za granicę, daleko stąd, na jakieś ciekawe studia, skoro nie mam jeszcze żadnych ambicji zawodowych? Nie wiem co mogłabym studiować, wiec nie mam szans znalezienia sobie jakiegoś uniwersytetu, do którego wybierałabym niezbędne przedmioty do matury, już w przyszłym roku. A co jeśli, wybiorę źle i zabraknie mi potem jakiejś niezbędnej wiedzy? A co jeśli zdając maturę nadal nie będę wiedziała na jaki kierunek się wybiorę?
Zawsze mogę z tego zrezygnować i iść na jakiś nudny kierunek, jak np. prawo na uniwerku we własnym mieście, co nie? Tylko, czy nie da mi to nudnej, nieodznaczającej się niczym przyszłości, której tak strasznie się boję? No i... szkoda zaprzepaścić taką okazję.
Tyle wątpliwości.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
piątek, 2 marca 2012
Conversationes
Usiądź kiedyś w szkole, pracy, generalnie wśród swoich znajomych; ale zamiast wciągać się w rozmowę odetnij się na chwilę. Zastanów się jak wyglądają ci ludzie - ich gestykulacja, mimika twarzy, pozycja, to do kogo mówią; posłuchaj odgłosów jakie wydają - tonacji i moderacji głosów, wybuchów śmiechu, czy szeptów do ucha; potem dopiero posłuchaj tematu rozmowy - Czy jest to opowiadanie o ostatnich przeżyciach? Gdzie ostatnio byli? Co zdarzyło się na imprezie? Narzekanie na nauczyciela/szefa/rodzica? A może, obiektywnie patrząc, po prostu obgadywanie?
W moim zwykłym środowisku jakim jest szkoła - gimnazjum i liceum, zazwyczaj krąży to koło powyższych tematów. Jak często, tak na prawdę, rozmawiasz z kimś na inne tematy? Ja mam tak niemalże tylko z moją przyjaciółką. W szkole nie ma czasu na "poważniejsze" rozmowy, kiedy jednak uda nam się znaleźć chwilę wolnego czasu i pójść na kawę, czas jakby zatrzymuje się w miejscu. Mówimy nie tylko o tym co ostatnio ktoś powiedział, ale też jak to wpływa na nasz pogląd tej osoby. Wspólnie zastanawiamy się nad tym co zazwyczaj robi, jakie zachowania są dla niej typowe, co powinna poprawić a za co ją tak właściwie lubimy. Pomaga mi to bardzo zrozumieć swoje odczucia co do otaczających mnie na co dzień ludzi. Pozwala, przy następnym dziwnym komentarzu zrozumieć, co tak właściwie miała na myśli i nie kreować sztucznych konfliktów. Nie chodzi o zwykłe obgadywanie ludzi, to się często sprowadza wręcz do natury ludzkiej. Tego co nam wszystkim jest trudno osiągnąć. Jakie cała grupa naszych wspólnych znajomych ma cechy i dlaczego. Co nas kształtuje jako wszystkich ludzi i osobne, odmienne jednostki. Dlaczego ktoś jest taki dziwny, jak tak właściwie przebiegało jego wychowanie.
Dzisiaj taką rozmowę zaczęłyśmy zaraz po godzinie 15 i do 18 czas minął jak pstryknięcie palcami. Rozmawiałyśmy dalej do 20 i odchodząc, nadal miałam umysł pełen rzeczy które chciałabym jej przekazać. I ona podobnie. Mówi się często (szczególnie faceci to robią), że przyjaźń kobieca jest sztuczna; że nie są co do siebie szczere; że prawią sobie sztuczne komplementy; że zdradzają się w końcu przy najbliższej okazji mówiąc innym wszystkie sekrety. Tymczasem, tym co cenię w Jagodzie, jest to, że nasza analiza obejmuje również nas same. Mówimy sobie nawzajem jakie błędy popełniamy, jak można je poprawić. Potem rozmawiamy o naszych planach na przyszłość, o niepewności w związku z wyborem szkoły. W sumie po takim "wyjściu na kawę" czuję się jak po porządnej sesji z psychologiem (myślę, bo nigdy nie chodziłam do psychologa), mam wszystko poukładane i nareszcie mogę chodzić uśmiechnięta, bez natłoku myśli. Nie wiem na jakiej zasadzie to działa, bo przecież nie mówię nic, czego bym wcześniej nie wiedziała, nie pomyślała czy nie napisała.
A jednak zmienia się wszystko.
![]() |
| Jagoda |
czwartek, 1 marca 2012
Grandpa
Jednym z trudnych tematów błąkających mi się ostatnimi czasy po myślach jest mój dziadek. To co mam zamiar napisać jest dość trudne dla mnie, ze względu na to, ze bardzo osobiste. Mam nadzieję, ze nie będziecie mnie oceniać czytając tego posta (o ile ktokolwiek rzeczywiście go przeczyta). Jednak anonimowość w internecie bardzo pomaga, bo dzięki temu tylko odważę się to opublikować :)
Niecałe trzy lata temu umarła moja Babcia. Przez ostatnie dwanaście lat swojego życia, mieszkała razem z Dziadkiem na wsi niedaleko dużego miasta. Tak właściwie, to ona bardzo dużo czasu spędzała w tymże mieście prowadząc kilka firm zajmujących się finansami. Dziadek niemal cały czas spędzał w domku. Zawsze na wakacje odwiedzałam go wraz ze swoim bratem, podobnie jak wszystkie inne jego wnuczęta. W sąsiedztwie miał mnóstwo znajomych w swoim wieku, wszyscy w całej wsi (i pobliskim miasteczku) go znali i bardzo szanowali. Podobnie działo się z Babcią, choć jej życie znajdowało się w dużej części w pracy, gdzie była najlepsza; miała własne, dobrze prosperujące firmy i oddanych od lat pracowników. Jak teraz o tym myślę, to zdaję sobie sprawę, jak bardzo musieli kochać to życie, kiedy na święta ich dom tętnił życiem, zbierała się cała rodzina rozpakowując gwiazdkowe prezenty, a w normalnie dni cieszyli się towarzystwem znajomych.
Niestety ta sielanka się skończyła, gdy okazało się, że moja Babcia zachorowała na raka płuc. Oboje z Dziadkiem od wielu lat palili i to w masakrycznych ilościach, nikogo nie dziwiła paczka wypalanych papierosów dziennie. Mimo to, dopóki Babcia nie musiała leżeć w szpitalu, cały czas pracowała, skończyło się to dopiero gdy ledwie mogła wstawać ze szpitalnego łóżka po chemioterapii. Pomiędzy dawkami leków Babcia wracała do domu na wsi, gdzie opiekował się nią Dziadek. Moja Mama, Tata, ja i mój brat przyjeżdżaliśmy tam w każdy weekend, często zmieniani przez bliźniaczkę mamy lub w akompaniamencie ich dwóch innych sióstr. To był bardzo ciężki okres, kiedy co weekend, a bardzo często i w tygodniu na gwałt trzeba było jechać dwie godziny z miasta na wieś. Byłam wtedy jeszcze mała, niezbyt rozumiałam co się dzieje. Żałuje teraz bardzo, że nie miałam lepszego kontaktu z babcią, ze nie odwiedzałam jej częściej, jak była chora.
Pewnego ranka zostałam obudzona przez Mamę, nie Tatę jak co dzień. Po krótkim "Dzień dobry" usłyszałam, że Babcia umarła. Na początku nie mogłam uwierzyć, ale potem przyjęłam to jak coś naturalnego. Myślę, że przez ten długi okres jej choroby jakoś do mnie docierało, że niedługo się to skończy. Wszystkie jej dzieci zajęły się sprawą pogrzebu, jednak tak na prawdę to Mama, odwaliła większość tej smutnej roboty. Podziwiam ją bardzo za to jak się wszystkim zajęła, jak zebrała ciężar tych obowiązków z Dziadka, sama użerając się z urzędem, testamentem, ubezpieczeniem i wszystkimi innymi podobnymi pierdołami.
Po pogrzebie, pełnym ludzi Dziadek wrócił na wieś. To było w lecie. Wszyscy się go pytali czy sprzeda dom i przeprowadzi się do miasta, bliżej rodziny, a tymsamym pomocy. Uparcie jednak mówił, że zostanie tam gdzie jest. Musicie zrozumieć, że mieli dwa hektary ziemi, niesamowicie zadbanej; był tam ogród ze wszelkimi możliwymi owocami i warzywami, szklarnia, altana otoczona "fosą", mały brzozowy lasek i ogromne polany trawy, zawsze dobrze skoszonej. Mieszkali w domu dwupiętrowym ze zbyt dużą liczbą dla ich dwójki pokoi nawet na samym parterze a oprócz tego były jeszcze dwa garaże i komórka. No i oczywiście drewniany, dwupokojowy dom, własnoręcznie przez Dziadka wybudowany. Mimo tak wielu słów nadal nic nie opisałam.
Razem z moim bratem spędziliśmy tam dzieciństwo, tam nauczyliśmy się jeździć na rowerach, graliśmy w kosza, nogę i siatkówkę, zbieraliśmy z Babcią grzyby w lesie a z Dziadkiem kosiliśmy trawę na traktorze, siedzieliśmy na drzewie zajadając się czereśniami prosto z gałęzi. Dziadkowie kupili nam kiedyś mały czerwony kabriolecik na paliwo i trzy biegi, takie sobie dziecięce autko; spędziliśmy na nim całe lata. Najpierw tylko Kuba prowadził, potem ja też się nauczyłam. Później Babcia kupiła sobie Quada "żeby jeździć na nim na grzyby", może raz się nim przejechała, ale my mieliśmy na nim świetną zabawę, nawet później u nas w domu. Z tego autka korzystaliśmy odkąd byłam małym berbeciem do wakacji dwa lata temu kiedy to Dziadek wreszcie się przeprowadził. Tam było całe jego życie, więc trzymał się go kurczowo, ale kiedy w zimie poczuł się samotnie, bo już nie było tam tak często odwiedzających go ludzi, postanowił jednak skorzystać z naszej oferty oddania mu mieszkania dwieście metrów od naszego domu i tam właśnie zamieszkał po sprzedaniu domu na wsi.
Teraz gdy już z dwa lata mieszka zaraz obok, przyzwyczaił się mocno do tego, że odwiedzamy go codziennie. Na prawdę, na siedem dni w tygodniu co najmniej sześć razy się z nim widzę u niego w domu a jeszcze kilka razy u mnie. Podobnie ma się sprawa z resztą mojej czteroosobowej rodzinki. Oczywiście, odwiedza go też cała reszta z czwórki jego córek. Mimo tego wszystkiego jednak, nieustannie słyszę z jego ust, że czuje się samotny. Kilka razy dziennie mówi nam jak tylko czeka aż go odwiedzimy, że nie jesteśmy w stanie go zrozumieć, bo jeszcze nie wiemy co to jest samotność. Czuję się bezradna. Nie widzę sposobu by częściej go odwiedzać, nie chcę u niego spać, mam własny dom, a mimo naszej dostępności non-stop, Dziadkowi nadal czegoś brakuje. Strasznie leży mi to na sercu i nie wiem co mam robić. Myślę jednak, że bardzo dużo czasu z nim spędzamy, ale... No właśnie. Zawsze jest to "ale".
Introduction
Zrezygnowałam z pisania po angielsku. Moim pierwotnym zamysłem było dzielenie się przeżyciami ze wszystkimi którzy trafiliby przez przypadek na tego bloga, ale ze względu na to, że i tak nikt tu raczej nie zagląda i piszę to dla siebie (czy też od dłuższego czasu nie piszę wcale) zdecydowałam się używać swojego ojczystego języka.
Ostatnimi czasy mam mnóstwo różnych przemyśleń. Może zacznę jednak od tego, że mam zamiar zrobić w najbliższym czasie krótką serię pojedynczych postów, każdy na inny nękający mnie temat, ale tak poza tym mam zamiar regularnie (co najmniej raz w tygodniu) zapisywać tutaj swój "dziennik" z dramy (później wytłumaczę o co chodzi). Na razie jednak koniec tego krótkiego, wprowadzającego posta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


