W tym roku, końcowym efektem wysiłków mojej klasy z lekcji dramy, ma być 40-minutowe przedstawienie przed dużą publicznością. Jako, że chodzę do "dwujęzycznej" szkoły będzie ono po angielsku, a skoro przedstawiamy Szekspira, będzie nawet w staroangielskim ^^. Od roku, mniej więcej, słyszałam od naszej nauczycielki, że każdy musi grać, bez wyjątku. Kilka miesięcy temu udało mi się przeczytać The Misdummer Night's Dream w oryginale (jako jednej z niewielu w naszej klasie -.-) i znalazłam sobie rolę. Chciałam grać plebejskiego aktora, występującego pod koniec sztuki na weselu, w roli muru. Strasznie mi się podobał pomysł, że będę mogła ludziom mówić: "Gram mur". Czyż nie brzmi to wspaniale?
Na jednej lekcji odbył się casting i udało mi się osiągnąć zamierzone, lecz na następnej, tydzień później, dowiedziałam się, że z powodu "nadprogramowej liczby aktorów" niektórzy wcale nie będą występować! Z wielką energią zaczęłam się wykłócać z moją nauczycielką, czy może nie mogłabym zająć się muzyką ZAMIAST grać. W końcu mi się udało. Nie chodzi tu o to, że olewam sztukę i chcę się wyłączyć. Po prostu... nie lubię grać. Przed wejściem na scenę (nawet przed publicznością z łożoną z kilkorga dobrze mi znanych ludzi) mam tremę, a i gdy gram, zdenerwowanie mnie nie opuszcza. Nie mam też poczucia, że wychodzi mi to dobrze, więc jaka z tego przyjemność? Żadna. Byłam więc bardzo ucieszona, że udało mi się znaleźć coś, dzięki czemu w sztuce będzie mój udział, a nie będę musiała wychodzić na scenę.
Ustaliliśmy, że zinterpretujemy sztukę tak, żeby działa się w latach 80. Uznałam ten pomysł za wspaniały. Sen nocy letniej w dużej części dzieje się w lesie, wśród wróżek i duszków leśnych a i pojawiający się ludzie są mocno pokręceni, więc ubranie ich w kolorowe, odblaskowe i trochę kiczowate stroje z lat 80 jest genialne. Skoro klimat ma być z tych właśnie czasów, musi być też taka muzyka. I tu rozpoczęła się moja przygoda. Musiałam po pierwsze zorientować się, co wtedy śpiewano, kto śpiewał i w jakim stylu. Z wielkim zdziwieniem rozpoznałam wiele z tej muzyki jako taka, którą, chcąc czy nie chcąc, znam. Odkryłam, tak na prawdę, jakie wspaniałe potrafią być teledyski i przez dłuuugi czas nic tylko je oglądałam. Zakochałam się też w Michaelu.
Zawsze uważałam go, za godnego podziwu artystę, bo mimo, że nie potrafiłam zanucić żadnej jego piosenki, o jego postaci słyszałam wiele. Od wieków też uważałam go za Króla Popu pomimo nieznajomości jego utworów. Teraz widzę w nim nie tylko wielką gwiazdę, ale też człowieka z niesamowitym głosem, ogromnym samozaparciem i nad spotykaną chęcią ingerencji w świat i zmieniania rzeczy, ważnych nie tylko dla niego. Zmieniał na lepsze i nie bał się wywołać skandalu. Czarny w telewizji? Nigdy w życiu. A jednak.
Tak czy inaczej, kto powiedział, że szkoła nic nie uczy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz