czwartek, 1 marca 2012

Grandpa

Jednym z trudnych tematów błąkających mi się ostatnimi czasy po myślach jest mój dziadek. To co mam zamiar napisać jest dość trudne dla mnie, ze względu na to, ze bardzo osobiste. Mam nadzieję, ze nie będziecie mnie oceniać czytając tego posta (o ile ktokolwiek rzeczywiście go przeczyta). Jednak anonimowość w internecie bardzo pomaga, bo dzięki temu tylko odważę się to opublikować :)


Niecałe trzy lata temu umarła moja Babcia. Przez ostatnie dwanaście lat swojego życia, mieszkała razem z Dziadkiem na wsi niedaleko dużego miasta. Tak właściwie, to ona bardzo dużo czasu spędzała w tymże mieście prowadząc kilka firm zajmujących się finansami. Dziadek niemal cały czas spędzał w domku. Zawsze na wakacje odwiedzałam go wraz ze swoim bratem, podobnie jak wszystkie inne jego wnuczęta. W sąsiedztwie miał mnóstwo znajomych w swoim wieku, wszyscy w całej wsi (i pobliskim miasteczku) go znali i bardzo szanowali. Podobnie działo się z Babcią, choć jej życie znajdowało się w dużej części w pracy, gdzie była najlepsza; miała własne, dobrze prosperujące firmy i oddanych od lat pracowników. Jak teraz o tym myślę, to zdaję sobie sprawę, jak bardzo musieli kochać to życie, kiedy na święta ich dom tętnił życiem, zbierała się cała rodzina rozpakowując gwiazdkowe prezenty, a w normalnie dni cieszyli się towarzystwem znajomych.

Niestety ta sielanka się skończyła, gdy okazało się, że moja Babcia zachorowała na raka płuc. Oboje z Dziadkiem od wielu lat palili i to w masakrycznych ilościach, nikogo nie dziwiła paczka wypalanych papierosów dziennie. Mimo to, dopóki Babcia nie musiała leżeć w szpitalu, cały czas pracowała, skończyło się to dopiero gdy ledwie mogła wstawać ze szpitalnego łóżka po chemioterapii. Pomiędzy dawkami leków Babcia wracała do domu na wsi, gdzie opiekował się nią Dziadek. Moja Mama, Tata, ja i mój brat przyjeżdżaliśmy tam w każdy weekend, często zmieniani przez bliźniaczkę mamy lub w akompaniamencie ich dwóch innych sióstr. To był bardzo ciężki okres, kiedy co weekend, a bardzo często i w tygodniu na gwałt trzeba było jechać dwie godziny z miasta na wieś. Byłam wtedy jeszcze mała, niezbyt rozumiałam co się dzieje. Żałuje teraz bardzo, że nie miałam lepszego kontaktu z babcią, ze nie odwiedzałam jej częściej, jak była chora.

Pewnego ranka zostałam obudzona przez Mamę, nie Tatę jak co dzień. Po krótkim "Dzień dobry" usłyszałam, że Babcia umarła. Na początku nie mogłam uwierzyć, ale potem przyjęłam to jak coś naturalnego. Myślę, że przez ten długi okres jej choroby jakoś do mnie docierało, że niedługo się to skończy. Wszystkie jej dzieci zajęły się sprawą pogrzebu, jednak tak na prawdę to Mama, odwaliła większość tej smutnej roboty. Podziwiam ją bardzo za to jak się wszystkim zajęła, jak zebrała ciężar tych obowiązków z Dziadka, sama użerając się z urzędem, testamentem, ubezpieczeniem i wszystkimi innymi podobnymi pierdołami.

Po pogrzebie, pełnym ludzi Dziadek wrócił na wieś. To było w lecie. Wszyscy się go pytali czy sprzeda dom i przeprowadzi się do miasta, bliżej rodziny, a tymsamym pomocy. Uparcie jednak mówił, że zostanie tam gdzie jest. Musicie zrozumieć, że mieli dwa hektary ziemi, niesamowicie zadbanej; był tam ogród ze wszelkimi możliwymi owocami i warzywami, szklarnia, altana otoczona "fosą", mały brzozowy lasek i ogromne polany trawy, zawsze dobrze skoszonej. Mieszkali w domu dwupiętrowym ze zbyt dużą liczbą dla ich dwójki pokoi nawet na samym parterze a oprócz tego były jeszcze dwa garaże i komórka. No i oczywiście drewniany, dwupokojowy dom, własnoręcznie przez Dziadka wybudowany. Mimo tak wielu słów nadal nic nie opisałam.

Razem z moim bratem spędziliśmy tam dzieciństwo, tam nauczyliśmy się jeździć na rowerach, graliśmy w kosza, nogę i siatkówkę, zbieraliśmy z Babcią grzyby w lesie a z Dziadkiem kosiliśmy trawę na traktorze, siedzieliśmy na drzewie zajadając się czereśniami prosto z gałęzi. Dziadkowie kupili nam kiedyś mały czerwony kabriolecik na paliwo i trzy biegi, takie sobie dziecięce autko; spędziliśmy na nim całe lata. Najpierw tylko Kuba prowadził, potem ja też się nauczyłam. Później Babcia kupiła sobie Quada "żeby jeździć na nim na grzyby", może raz się nim przejechała, ale my mieliśmy na nim świetną zabawę, nawet później u nas w domu. Z tego autka korzystaliśmy odkąd byłam małym berbeciem do wakacji dwa lata temu kiedy to Dziadek wreszcie się przeprowadził. Tam było całe jego życie, więc trzymał się go kurczowo, ale kiedy w zimie poczuł się samotnie, bo już nie było tam tak często odwiedzających go ludzi, postanowił jednak skorzystać z naszej oferty oddania mu mieszkania dwieście metrów od naszego domu i tam właśnie zamieszkał po sprzedaniu domu na wsi.

Teraz gdy już z dwa lata mieszka zaraz obok, przyzwyczaił się mocno do tego, że odwiedzamy go codziennie. Na prawdę, na siedem dni w tygodniu co najmniej sześć razy się z nim widzę u niego w domu a jeszcze kilka razy u mnie. Podobnie ma się sprawa z resztą mojej czteroosobowej rodzinki. Oczywiście, odwiedza go też cała reszta z czwórki jego córek. Mimo tego wszystkiego jednak, nieustannie słyszę z jego ust, że czuje się samotny. Kilka razy dziennie mówi nam jak tylko czeka aż go odwiedzimy, że nie jesteśmy w stanie go zrozumieć, bo jeszcze nie wiemy co to jest samotność. Czuję się bezradna. Nie widzę sposobu by częściej go odwiedzać, nie chcę u niego spać, mam własny dom, a mimo naszej dostępności non-stop, Dziadkowi nadal czegoś brakuje. Strasznie leży mi to na sercu i nie wiem co mam robić. Myślę jednak, że bardzo dużo czasu z nim spędzamy, ale... No właśnie. Zawsze jest to "ale".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz